Jan Malewski w Krakowie 1995 - 2007 - Krakowska Szkoła Psychoterapii Psychoanalitycznej

 Kraków, ul. Śliska 16, lok. 2
Przejdź do treści
Władysław Banaś
Jan Malewski w Krakowie 1995 - 2007
2019

Wstęp
Doktora Jana Malewskiego poznałem w połowie lat 90. Wywarł wielki wpływ na rozwój środowiska psychoterapii psychoanalitycznej i psychoanalizy w Krakowie oraz bezpośrednio na moją pracę kliniczną. Od momentu poznania jego osoby do momentu śmierci w 2007 roku, z racji stosunkowo intensywnej współpracy, miałem okazję obserwować zmiany, które zachodziły w jego osobowości. Najprościej ująłbym je w następujący sposób: z człowieka początkowo dumnego i wyniosłego, w kogoś ciekawego, emanującego pasją, dającego w kontakcie osobistym specyficzną jakość przyjmowania drugiej osoby w całości.
Jak sam mówił, osoby, z którymi miał w naszym środowisku kontakt były „trudnymi, bardzo ciekawymi osobowościami”. Nawet jeśli wtedy nie byłem w stanie tego fenomenu zrozumieć, to odczuwałem go na własnej skórze. Dzisiaj za Neville’m Symingtonem powiedziałbym: „Jest prawdą, że kiedy narcyzm zaczyna się rozpuszczać, jednym z głównych przejawów tej transformacji jest pojawienie się aktów emocjonalnej hojności i szczodrości”. Innymi słowy, do momentu ostatniego spotkania z nim, miałem kontakt z osobą, która sama zmienia się i rozwija, szczodrze obdarowuje nasze rozwijające się środowisko i mnie osobiście.
Kiedy po śmierci Jana Malewskiego, jego żona Elżbieta Malewska przekazała część jego księgozbioru na rzecz Krakowskiej Szkoły Psychoterapii Psychoanalitycznej, odkryliśmy kilka książek, co do których istniało przypuszczenie, że były studiowane przez dr Jana Malewskiego z największą intensywnością. Chodzi o „Impas i interpretację” i „Seminaria włoskie” Herberta Rosenfelda, oraz „Seminaria barcelońskie” Donalda Meltzera. Książki te wnikliwie studiowane seminaryjnie w naszym środowisku, wcześniejsze lektury oraz doświadczenia superwizyjne, stworzyły podwaliny myślenia o interakcyjno-funkcjonalnym charakterze związku pacjenta i terapeuty, tożsamym z teorią pola. Nie do przecenienia był bardzo wcześnie podarowany nam podręcznik ćwiczeń klinicznych autorstwa Roberta Langsa, który pozwalał zrozumieć znaczenie zasad i warunków terapii. Równolegle wszystkie te doświadczenia wprowadziły nas w obszar współczesnej refleksji na temat opracowania przeniesienia i przeciwprzeniesienia.
Chociaż w okresie bezpośredniej współpracy nie rozumiałem tego i nie byłem świadomy, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że doktor Malewski był osobą zaawansowaną w klinicznym rozumieniu teorii Biona. Chcę teraz chronologicznie przedstawić rozwój kontaktu z dr Janem Malewskim i wynikający z niego rozwój środowiska psychoterapii psychoanalitycznej i psychoanalizy w Krakowie.

Tło historyczne
W połowie lat 80., jako student psychologii rozpocząłem staż, a następnie pracę w Pracowni Praktycznych Umiejętności Psychologicznych, kojarzonej z osobami Jacka Pierzchały oraz Jerzego Nieniewskiego. Dominującym nurtem pracy psychoedukacyjnej była wtedy terapia Gestalt, trening psychologiczny i praca z ciałem. Mówiąc nieco żartobliwie, fala narcyzmu dotarła najpierw z Kalifornii do Warszawy, a następnie przybyła do Krakowa. Pracownia z jednej strony imitowała powstałe kilka lat wcześniej Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, z drugiej strony posiadała oryginalne zakorzenienie kliniczne w funkcjonowaniu Zespołu Psychoterapii Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo - Zawodowej. Chyba jedynego miejsca w Krakowie w którym w tym czasie uprawiano psychoterapię i psychoedukację, poza eklektyczną kulturą terapeutyczną Kliniki Psychiatrycznej. Konsultantem Psychiatrycznym Zespołu był Piotr Drozdowski, w tym czasie ordynator Oddziału Nerwic Kliniki Psychiatrycznej, utożsamiający się z podejściem psychodynamicznym.
Kiedy jako efekt naturalnej ewolucji części tego środowiska, na początku lat 90., powstał Krakowski Ośrodek Psychoterapii, stał się on miejscem kwalifikowanej psychoterapii. Dominującymi nurtami było podejście fenomenologiczno-egzystencjalne, systemowa terapia rodzin i podejście psychodynamiczne. Kilka lat później moje zainteresowania psychodynamiczne doprowadziły do zacieśnienia współpracy z Piotrem Drozdowskim, który w dalszym ciągu był konsultantem psychiatrycznym Krakowskiego Ośrodka Psychoterapii oraz Januszem Kitrasiewiczem, który był w tym czasie dyrektorem tegoż Ośrodka. To Piotr Drozdowski inspirował nas do wzięcia udziału w Dniach Instytutu Psychoterapii i Psychoanalizy w Warszawie, na których pierwszy raz poznałem dr Jana Malewskiego. Prawdopodobnie był to rok 1995. Ku naszemu zaskoczeniu doktor Malewski entuzjastycznie odpowiedział na zaproszenie do Krakowa. Rozpoczął się okres intensywnej współpracy, który obejmował przyjazdy doktora Malewskiego do Krakowa i Zakopanego w latach 1996-2000. Ciekawym owocem tej współpracy było powstanie Krakowskiego Stowarzyszenia na rzecz rozwoju Psychoanalizy i Psychoterapii Psychodynamicznej, którego członkami założycielami byli: Jan Malewski, Boguchwał Winid, Piotr Drozdowski, Janusz Kitrasiewicz i Władysław Banaś.
Boguchwał Winid był wieloletnim superwizorem Oddziału Leczenia Nerwic Kliniki Psychiatrycznej w Krakowie, mentorem Piotra Drozdowskiego i osobą, która w latach 60., w trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych, miała bezpośredni kontakt z Gustawem Bychowskim. Był niekoniunkturalnie zainteresowany psychoanalizą. Odbywały się seminaria i wykłady w Krakowskim Ośrodku Psychoterapii, oraz Letnie Szkoły w Zakopanem dla studentów kursów psychoterapii psychodynamicznej. Jak sądzę, symbolicznym momentem demarkacji środowiska psychodynamicznego i rozwoju środowiska psychoterapii psychoanalitycznej, a następnie psychoanalizy była moja decyzja o podjęciu własnej psychoterapii psychoanalitycznej w Warszawie u pani Alicji Bobowskiej. Doprowadziła ona do zakończenia współpracy z kolegami psychodynamicznymi, a następnie do założenia w Krakowie, wspólnie z Gustawem Sikorą w 2000 r. Krakowskiej Szkoły Psychoterapii Psychoanalitycznej. Dwa lata później powstał Oddział Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic w Szpitalu Klinicznym im. J. Babińskiego, którego pierwszym ordynatorem był Gustaw Sikora.
Od początku osobami, które były żywo obecne w funkcjonowaniu Krakowskiej Szkoły Psychoterapii Psychoanalitycznej i angażowały się w powstawanie Oddziału była Edyta Biernacka i Bartosz Puk, którzy wcześnie rozpoczęli szkolenie psychoanalityczne. Od 2004 roku ordynatorem Oddziału Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic została Ewa Niezgoda, która konsekwentnie wspierała i wspiera  kliniczny rozwój naszego środowiska i podejmowanie analiz treningowych przez pracujących na oddziale terapeutów.
Od 2000 roku współpraca doktora Malewskiego ze środowiskiem psychodynamicznym uległa zakończeniu. Konsekwentnie i nieustępliwie inwestował bardzo dużo energii i czasu w coroczne Letnie Szkoły KSPP, które odbywały się w Zakopanem oraz udział w konferencjach naukowych OLZON. Na wszystkich spotkaniach towarzyszyła mu żona Elżbieta, która sama była psychoterapeutką psychoanalityczną z dużym doświadczeniem w leczeniu chorób psychosomatycznych. Niestety w trakcie dyskusji rzadko i raczej skąpo dzieliła się swoimi przemyśleniami, chyba z powodu nieśmiałości.
Dla rozwijającego się środowiska KSPP Jan Malewski prowadził grupowe superwizje telefoniczne, które gromadziły bardzo wiele osób i budziły dużo entuzjazmu. Inspirował dobór lektur i zapraszał do Krakowa ciekawych, oryginalnych analityków. Od samego początku ważnym elementem spotkań w Zakopanem była żywa klinicznie obecność Wojciecha Hańbowskiego, który konsekwentnie motywował nasze środowisko do podejmowania terapii treningowych.
Mniej więcej około roku 2000 moja nieregularna współpraca superwizyjna z doktorem Malewskim zamieniła się w cotygodniowe omawianie pacjentów. Jednym z osobiście zaproszonych przez doktora Malewskiego analityków był Neville Symington, który po raz kolejny uczestniczył w konferencji OLZOiN we wrześniu 2007 r. Na kolacji w sobotę, po konferencji opowiedział klasyczny kawał. Dwóch analityków rozmawia na temat śmierci. Umawiają się, że ten z nich, który pierwszy umrze da znać jak jest na tamtym świecie. Jeden z nich umiera i faktycznie przychodzi we śnie do drugiego. Na pytanie jak wyglądają warunki życia pozagrobowego odpowiada, że bardzo dobrze i ciekawie - odbywają się cotygodniowe wykłady kliniczne znanych analityków: Melanii Klein, Gustava Junga. Na koniec rozmowy nadmienia, „w przyszłą środę Ty będziesz miał wykład”. Na tym ten żart opowiedziany na sobotniej kolacji się kończy. W poniedziałek dotarła do nas wiadomość, że w nocy z niedzieli na poniedziałek, bezpośrednio po konferencji doktor Malewski zmarł.

Mogę powiedzieć o fenomenie jego żywej obecności po śmierci. Zainicjowana przez niego tradycja zapraszania i inspirowania się pracą kliniczną oryginalnych, ciekawych analityków była kontynuowana przez te wszystkie lata do chwili obecnej. Wspomnę niektórych z nich: zaprzyjaźniony z Krakowską Szkołą i Oddziałem Robert Hinshelwood, Brian Martindale, David Morgan, Judith Jackson, Margot Waddell, Marcus Evans, Anne Alvarez, wspomniany już Neville Symington i wielu innych. Brali oni zarówno udział w Letnich Szkołach KSPP, jak i konferencjach OLZON i seminariach superwizyjnych. Kontynuowane były zainicjowane przez niego seminaria kliniczne. Sam chętnie i często dzielił się swoim doświadczeniem bycia superwizantem takich analityków jak Donald Meltzer, Herbert Rosenfeld, Hanna Segal, Elizabeth Bott-Spilius.
Bezpośrednio po jego śmierci grupa superwizyjna w Krakowie prowadzona była przez osobę, którą uważał za swojego najbardziej utalentowanego i zaawansowanego ucznia, Gerharda Schneidera, psychoanalityka z Manheim. Po zakończeniu tej współpracy zwróciliśmy się do analityczki, u której ostatnio superwizował się w Londynie, Patricii Daniels. Ostatecznie grupa superwizyjna prowadzona była przez wiele lat przez Judith Jackson.
Wielkim ograniczeniem doktora Malewskiego było to, że w tym okresie niestety nie pisał i nie publikował. Na konferencjach, na których osobiście występował przygotowywał zazwyczaj krótki, kilkustronicowy abstrakt swojego wystąpienia i w trakcie wykładu dopowiadał przykłady i winiety kliniczne. Pomimo tego, fragmenty jego wystąpień, wywiad, którego udzielił w „Psychoterapii”, a przede wszystkim żywe doświadczenia superwizyjne pozwalają na próbę opisu jego podejścia klinicznego. Zastanawiam się czy to,  że w sytuacjach wykładowych unikał czytania tekstu, nie tyle wynikało z braku dyscypliny czy też lenistwa, a raczej było motywowane tym, żeby w bardziej żywy sposób przekazać swoje doświadczenie emocjonalne.

Przekaz kliniczny
Ponieważ Jan Malewski pisał rzadko i mało, w moim odczuciu jego myśli przelane na papier traciły nieco na wyrazistości. Sądzę, że nabierały rumieńców i zyskiwały przekonywujący charakter, kiedy w superwizjach budował i rozwijał obraz pacjenta oraz związku terapeutycznego. Sam miał intensywne i ekstensywne doświadczenia kliniczne z londyńskimi Kleinistami, które w pewnym okresie przed przyjazdem do Polski, z powodzeniem implementował w Heidelbergu. W czasie, kiedy pojawił się w Krakowie, jak sądzę inspirowany pracą Donalda Meltzera, a w szczególności późną pracą Herberta Rosenfelda, prezentował się jako klinicysta myślący kategoriami nie psychologii jednoosobowej ani nawet dwuosobowej, ale kategoriami teorii pola. Cytuję: „W polu psychoanalitycznym obaj partnerzy informują się nieustannie, w jakim stadium znajduje się ich związek. Wypowiedzi analizanta po naszych interpretacjach są tego ilustracją. Powstały piktogram sytuacji zawiera elementy alfa dotyczące zaistniałej sytuacji, które nie są świadome. Rzadko zostają nam bezpośrednio przekazane, najczęściej w postaci narracyjnej, jako wspomnienia z dzieciństwa, sytuacje z życia codziennego, czy też obrazy z telewizji i przeczytanych książek” [Malewski, 1997].
W sposób czytelny pobrzmiewają tu myśli Antonino Ferro. Bardzo wcześnie, pod koniec lat 90. inspirował nas do lektury jego książek, które w tym czasie były w Polsce nieznane. Kilkukrotnie próbował zaprosić go do Krakowa, niestety nieskutecznie. Ostatecznie, po wielu latach w 2017 roku, udało się to środowisku wrocławskiemu. Z aktualnej perspektywy uważam, że chociaż Antonino Ferro przekazuje w swoich książkach, oryginalny, to jednak zbanalizowany i ograniczony fragment teorii Biona. Pomimo tego w tamtym momencie lektury tych książek były dla naszego środowiska bardzo odkrywcze. Chyba mimo wszystko bardziej ten sposób myślenia wybrzmiewał, gdy posiłkował się poglądami H. Rosenfelda. Cytuję: „A zatem to, co jest nowego w psychoanalizie, to użytek czyniony z przeniesienia. Myślę, że bardzo ładnie ujął to Rosenfeld podczas seminarium prowadzonego w Heidelbergu, w którym uczestniczyło wielu kolegów. Niesłychanie klarownie mówił o „stanie umysłu”, to znaczy o tym, że jesteśmy otwarci na przyjęcie projekcji, że analityk, interpretując, komunikuje dwie rzeczy. Nie tylko podaje interpretacje tego, co pacjent mówi, ale komunikuje też swój stan umysłu, który można by tak określić: „Jestem gotów w tej chwili na przyjęcie tego co mówisz i co czujesz”. I to jest ten stan umysłu psychoanalityka, który przyjmuje stan umysłu pacjenta, będąc otwarty na przyjęcie projekcji” [Psychoterapia 1999].

Myślę że z podobnych zainteresowań wynikało to, że zwrócił uwagę na publikacje Neville’a Symingtona, którymi stopniowo nas zainteresował. Zmarły w tym roku Neville Symington, w oryginalny sposób popularyzował teorię Biona i myślenie o złożoności związku terapeutycznego, zbliżone do teorii pola. Osobiste zaproszenie Symingtona przez doktora Malewskiego do Krakowa, zaowocowało wieloma wykładami i seminariami, jego osobistą przyjaźnią z tym analitykiem i spopularyzowaniem jego książek w całej Polsce.
W superwizjach Jan Malewski kładł bardzo duży nacisk na gotowość do przyjęcia analizy negatywnego przeniesienia. Cytuję: „U pacjenta łatwo jest utrwalić przekonanie, że wszyscy otaczający go ludzie są źli, a najbardziej rodzice. Wspaniały, dobry jest tylko analityk. W ten sposób tworzymy jakiś obraz, który cały czas będzie powodował niesłychany podział. W psychoterapii znaczy to, że zamykamy drogę do negatywnego przeżywania terapeuty przez pacjenta, czyli nie dopuszczamy do rozwoju tak zwanego negatywnego przeniesienia. W rzeczywistości całą sztuką psychoterapii jest to, żeby w pewnym okresie powstał zintegrowany obraz drugiego człowieka i stosunku do niego. Natomiast poprzez takie działanie powstaje nie tylko dobry, ale wręcz wyidealizowany obraz terapeuty. Niektórzy pacjenci uważają, że jesteśmy najwspanialszymi, mężami, ojcami, matkami itd. A to przecież jest nieprawdą, gdyż mamy swoje najrozmaitsze potknięcia. Istotą jest, żeby pacjent mógł nas przeżywać ze wszystkimi uczuciami, które żywi w stosunku do nas, żeby tego nie blokować” [Psychoterapia, 1999].
Z pewnym rozbawieniem wspominam swoją polemikę ze stwierdzeniem pacjentki, która po kilku latach stosunkowo intensywnej i owocnej psychoterapii psychoanalitycznej oświadczyła, że jej paranoja jest beznadziejna i głęboka. Odparłem, że może głęboka tak, ale nie tak beznadziejna, jak na początku naszego kontaktu. W omówieniu superwizyjnym tego fragmentu zapisu sesji, Janek Malewski zaprotestował i zachęcił mnie do badania wszelkich przejawów tej beznadziejności. Kilka lat później po tym wydarzeniu, ta sama pacjentka stwierdziła, że swoją paranoję uważa nie tyle za głęboką, co za bezdenną.

Jednoznacznie negatywnie odnosił się do ogólnych, intelektualnych spekulacji dotyczących materiału klinicznego i w zasadzie rutynowo powtarzał: „To wszystko co Pan/Pani powiedziała oczywiście jest prawdą, ale co z tych rzeczy jest aktywne w prezentowanej sesji?”. Wracam do wyrażonej we wstępie myśli, że w momencie pojawienia się w Krakowie Jan Malewski był zaawansowany w rozumieniu teorii Biona i zaznajomiony z aktualną wtedy literaturą postbionowską. W trakcie swojej obecności w Krakowie tą znajomość teorii Biona pogłębiał i rozwijał, jednocześnie wykazując głęboki sceptycyzm do interpretacji zawiści i koncentracji na destrukcyjności pacjenta. Żeby udokumentować tą tezę, wydaje mi się interesujące zestawienie myśli Jamesa Goosha, analizanta Biona, z niektórymi wypowiedziami doktora Malewskiego.

1. O wspólnym z pacjentem przeżywaniu doświadczeń emocjonalnych Jan Malewski mówił: I dopiero w przeżyciu z nami, pacjent odkrywa hic, nunc, mecum, tj. tu, teraz, ze mną. I jeżeli się nie udaje, jeżeli pacjent tego nie przeżyje w związku z terapeutą, to, jak to mówił Meltzer – ma pecha. Samo mówienie o tym, jak to tam z mamusią było, nic nie daje. To bardzo oddala od emocjonalności. Gdy mówi się komuś: to co ze mną przeżywasz jest nieważne, jest to w dużej mierze ochrona psychoterapeuty, bo złościsz się na mnie, ale tak właściwie jest to złość do mamy. W ten sposób terapeuta stwarza idealny obraz samego siebie i mówi coś, co pacjentowi prawie nic nie daje”.
Na pytanie o to, jak Bion definiował analizę, James Gooch odpowiada: „Jest to tylko zwykła rozmowa o bardzo ograniczonym zakresie doświadczenia – mianowicie Twojego doświadczenia emocjonalnego – i tego co się dzieje z Tobą, jeżeli nie możesz mieć tego doświadczenia, coś w tym rodzaju. Bion uważał, że jest to konieczne, aby pokazać pacjentowi, jak sprostać emocjonalnie temu, czemu pacjent sprostać nie może, po to, aby mógł zrozumieć swoje doświadczenie”. [Culbert-Koehn J., 2011]

2. O przenikaniu się doświadczenia emocjonalnego i poznawczego, i fundamentalnym charakterze tego, co emocjonalne, Jan Malewski pisał: „Nie można naturalnie powiedzieć, że na jednym krańcu są emocje, a na drugim wiedza, że są w opozycji. To jest odkrycie nawiązujące do poglądów Biona, że właściwie wszystko to, co się przeżywa, co jest twórcze, myślenie twórcze – oparte jest na emocjach. Nasze emocje są warunkiem funkcji alfa, możliwości zrozumienia. A więc na początku musi się uruchomić przeżywanie. I to jest największa trudność w superwizjach, zwłaszcza wobec osób, które nie są jeszcze wprowadzone w psychoanalizę. One od razu mają tendencje do posługiwania się wiedzą”.
James Gooch zapytany jak psychoterapia z Bionem wpłynęła na jego uprawianie analizy odpowiedział: „Rzeczą którą nauczyłem się od Biona, jest znaczenie respektowania, doceniania złożoności życia emocjonalnego. W taki sposób mogę słyszeć różne głosy w obrębie osobowości, które mogą być w gabinecie w różnym momencie, a w rezultacie mogę odnosić je do tych, które wydają się być aktualnie w największej potrzebie. To daje człowiekowi poczucie złożoności jego samego”. Natomiast uczestnictwo w seminariach prowadzonych w ostatnim okresie życia przez Biona, skomentował następująco: „Moja teoria na temat praktyki prowadzenia seminariów przez Biona jest taka, że czuł, że psychoanaliza jest o doświadczeniu emocjonalnym i że jest wielkie niebezpieczeństwo w pismach psychoanalitycznych, wykładach i seminariach, kiedy ludzie tracą swoje emocjonalne doświadczenie i wchodzą w zdysocjowany, zintelektualizowany stan, z którym on nie chciał wchodzić w koluzję”.

3. O rozwoju obydwu partnerów związku terapeutycznego Jan Malewski pisał: Charakterystyczna dla przebiegu analizy przemiana elementów beta w elementy alfa i związane z tym coraz bardziej zróżnicowane formy narracyjne, prowadzą do rozwoju obu partnerów w związku analitycznym. Choć naturalnie naszą pierwotną troską i zainteresowaniem, jest rozwój analizanta. Chodzi tutaj o coś znacznie głębszego niż stwierdzenie, że każdy nowy przypadek rozszerza nasze możliwości poznawcze. Chodzi tu bowiem o rozwój wiedzy związku, a nie wiedzy o związku. Ze wszystkimi tymi przemianami jest związane znacznie bardziej szczegółowe, precyzyjne myślenie o przeniesieniu, a nie myślenie globalne i dlatego w ostatnich latach wyraźna jest tendencja do odstąpienia od globalnych sformułowań w rodzaju przeniesienie na matkę, czy też na ojca”.
Pytany o rozwój swojej funkcji alfa w trakcie analizy z Bionem, James Gooch odpowiedział: „Tak, mogłem wytrzymać przeżywanie stanów, których nie wytrzymałbym wcześniej. To coś, co wyczuwałem na samym początku mojego szkolenia w psychiatrii, że jeżeli ja nie rozwijam się, to również moi pacjenci nie będą się rozwijać. To bardzo niedoceniona myśl Biona. Znaczenie pytania, czy następuje wzrost? I jeżeli nie ma wzrostu, wtedy to nie jest zdrowa i przydatna analiza, wtedy coś idzie nie tak.” [Culbert-Koehn J., 2011]

Moja próba analizy i rekonstrukcji pracy klinicznej doktora Malewskiego, w sposób naturalny jest subiektywna. Może bardziej istotne jest właśnie doświadczenie kontaktu z nim, jako klinicystą. Pośród licznych aktów jego emocjonalnej hojności i szczodrości, które próbowałem opisać, najistotniejsze wydaje mi się coś, co próbowałbym nazwać udzieleniem pasji rozwoju. Rozwój umysłu związany jest z rozwojem ciała. W trakcie swoich regularnych pobytów w Zakopanem, nieustępliwie i konsekwentnie doskonalił swoje umiejętności pływania kraulem. Wtedy jeszcze, w starym basenie na Antałówce. Zapytany o własną drogę do psychoanalizy odpowiedział:
„Myślę, że stało się tak, jak dzieje się to u 90% ludzi – że wynikało to z moich własnych problemów, to znaczy, ze zrozumienia, że coś ze mną jest nie w porządku, że tego ani lekami, ani rozmowami, ani najbardziej dobrym związkiem z żoną, czy z przyjaciółmi zmienić nie mogę. I wtedy pojechałem do Pragi, byłem tam w ośrodku w Lobczy, na którego wzór zrobiliśmy potem Rasztów. Chodziłem na psychoterapię grupową, a potem jeszcze na indywidualną. To wszystko sprawiło, że czułem, że już bardzo dużo skorzystałem dla siebie i mogę też wykorzystać to dla moich pacjentów. Ale czułem, że to jeszcze było mało. I wtedy postarałem się o własną, frakcjonowaną analizę u Imre Hermana w Budapeszcie, która odbywałem od 1965 do 1975 roku, do mojego wyjazdu”.
Potem powtórna analiza treningowa w Niemczech u Pani Munzinger, którą doktor Malewski zaprosił do Krakowa pod koniec lat 90. Następnie kontakty z londyńskimi Kleinistami, a potem rozwój zainteresowań teorią Biona. To wszystko potwierdza obraz osoby, która nie jest zainteresowana establishmentem, ciągle podejmuje nowe wyzwania.

Zakończenie
W swoim artykule zatytułowanym „Znajdowanie znaczenia. Nomadyczna podróż Biona” Robert Hinshelwood analizuje fazy rozwoju myślenia klinicznego Biona. W podsumowaniu tego artykułu pesymistycznie stwierdza, że Bion odniósł porażkę, bo nigdy nie dotarł do sensu, którego naprawdę potrzebował. Jan Malewski często dzielił się swoim żywym wspomnieniem doświadczenia analizy u Imre Hermana. W gabinecie była tablica, na której w trakcie sesji pacjenci mogli rysować kredą. Malewski wstał i narysował człowieka. Imre Herman skomentował, że ten człowiek nie ma rąk. Wracając do tego wspomnienia Janek Malewski podkreślał, że czuł dużo wdzięczności  za to, że Imre Herman stwierdził fakt i w żaden sposób nie narzucał jego znaczenia. Subiektywnie myślę, że w Krakowie, w którym Janek Malewski się urodził, znalazł szczęśliwy koniec i sens swojej podróży. On sam powiedział o tym w ten sposób: „Na koniec chciałbym powiedzieć, ze bardzo jestem wzruszony, że znów jestem w Polsce. Jestem szczęśliwy, że widzę tu tyle spraw mi znanych, bliskich. Ta konfrontacja ze starym, z przeszłością, pokazuje mi ogromne zainteresowanie psychoanalizą dziś, co jest dla mnie bardzo poruszające. I jeszcze w takim mieście jak Kraków, który zawsze kojarzył mi się z tradycją, ze starym, a teraz będzie też – z rozwojem, z nowym”.

Bibliografia:
Culbert-Koehn J., An Analysis with Bion , An Interview with James Gooch, Journal of Analytical Psychology, 56 (1), 2011r.
Drozdowski P., Szaszkiewicz W., O dylematach poznania psychoanalitycznego, dwie rozmowy z Janem Malewskim, Psychoterapia 4 (111), 1999r.
Hinshelwood R. D., Znajdowanie znaczenia. Nomadyczna podróż Biona, 2010 r.
Malewski J., Uwagi o rozwoju teorii techniki i interpretacji przeniesienia we współczesnej psychoanalizie (streszczenie), Fragment nieopublikowanego wystąpienia, 1997 r.
Symington N., Becoming a Person Through Psychoanalysis, 2007 r.
Wróć do spisu treści